poniedziałek, 11 listopada 2019

Owca na szydełku

Nadrabiam zaległości i wrzucam tu nową kumpelę Ady. Miała być mała owieczka do plecaka, taka idealna towarzyszka do szkoły, a wyszła lekko zmutowana owca gigant. Chyba źle dobrałam włóczkę :) Wydawało mi się, że wszystko pięknie i gładko idzie podczas szydełkowania, dopóki nie zaczęłam robić rąk. Niby ilość rzędów taka jak w tutorialu, a one zaczęły się niebezpiecznie wydłużać. Kiedy osiągnęły długość rąk małego dziecka dotarło do mnie, że coś poszło nie tak. Ale wtedy wkroczyła przyszła przyjaciółka, która z ogromną niecierpliwością czekała na owieczkę i nie dała nic pruć. Także tak ... Owca w pełnej krasie:



Już w kursie KLIK, z którego korzystałam była słusznych rozmiarów, ale takich gabarytów się nie spodziewałyśmy. Jednak nie ma tego złego, bo stała się ulubienicą Ady podczas zasypiania i niedoścignionym obiektem westchnień Yume, która chętnie umościłaby się na niej. 



Samo wykonanie nie jest skomplikowane, u mnie poszło szybko i naprawdę bezproblemowo, a nie jestem żadnym specem szydełkowym. Nic, tylko siadać i robić te urocze owieczki !
Aaaaaa, jeszcze tylko chwalę się trawami w tle: moje!!! Wprost z ogrodu, posadzone rok temu i nie zwiędły, wyrosły solidnie i przed zimą będzie spory bukiet. Jak się cieszę :)


czwartek, 31 października 2019

Szydełkowe rozety, a moze blog

 "Chyba ten blog powinien zostać przerobiony z wnętrzarskiego na szydełkowy". 
To zdanie miałam w głowie od ponad pół roku. Dokładnie tyle myślałam o kolejnym wpisie tutaj. Nie mogłam się zebrać i w sumie sama nie wiem, dlaczego. Bo można wymyślać teraz milion powodów nieobecności, a prawda jest taka, że jakby mi się chciało tak, jak się nie chciało, to ta strona uginałaby się od wpisów, hehe. Nie ciągnie mnie ostatnio do pisania i fotografowania. Życie pochłania zupełnie. Zdążyłam od ostatniego wpisu zdać Najważniejszy Egzamin w moim zawodzie, posadzić kolejną setkę roślin w ogrodzie, odchować szczeniaka na całkiem mądrą sunię, a nawet poprawić swoje wyniki badań :) A że właśnie znienacka dopadła mnie wielka ochota na nowy post, to korzystam i wygrzebuję z aparatu zdjęcia jeszcze wakacyjne. Zrobiłam je pod wpływem euforii ze zrzucenia z siebie pracy nad tymi serwetkami. Chodziły za mną od jakiegoś czasu łapacze snów, ale jak zobaczyłam mojego husky szarpiącego wstążki przy wianku na drzwiach, szybciutko się z nich wyleczyłam. Wianek się nie ostał: szydełkowe kwiatki zjadła Yume, a resztki wiklinowej bazy znajduję do dziś poroznoszone po całym ogrodzie. Teraz myślę, że psisko wyświadczyło mi przysługę i taka wersja na ścianie o wiele bardziej mi się podoba. 


Cała kompozycja składa się z ośmiu serwetek osadzonych na metalowych obręczach i związanych ze sobą w kilku miejscach. A że powstawały spontanicznie i bez wcześniejszego planu, to układ jest zupełnie przypadkowy. Nie pytajcie ile mi na to czasu zeszło, ładnych parę sezonów seriali wjechało podczas roboty. Właśnie ich oglądanie to jedyny czas, kiedy jestem w stanie szydełkować. W ciągu dnia nie umiem się za to zabrać. Zawsze jest coś pilniejszego. Bo muszę się przyznać, że szydełko traktuję jako niegroźną fanaberię. Ale może to i dobrze, że czasem coś powstaje, bo dzięki temu mam tu co wrzucić. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że ostatnio fotografowanie np. wanny czy łóżka zrobiło się dla mnie dziwne. Kobieta zmienną jest, to pewnie się zmieni za jakiś czas. 



Chociaż jednak jakiś kawałek domowych zakamarków się przemycił: jest fragment starego kredensu, jest stary-nowy manekin, a nawet monstera, która ku mojemu zdziwieniu radzi sobie całkiem nieźle. Wszystko to stoi sobie w holu, tuż obok drzwi wejściowych, ale jakoś one się nie sfotografowały, heh. Chyba jest coś na rzeczy z moją teorią o awersji do fotografowania wnętrz ;)




 Na szydełku kolejne projekty, tym razem coś dla Adki, więc mam nadzieję, że za jakiś czas znów się tu coś pojawi. Tymczasem pozdrawiam i do następnego !


sobota, 23 marca 2019

Zakładka na szydełku i trochę kuchni


Wraz z nadejściem wiosny naszło mnie na fotografowanie, więc powstało parę kadrów, które tu wrzucam "na pamiątkę". Akurat skończyłam drobiazg dla Adki - zakładkę do książek, to i obiekt do pozowania jak znalazł.  Odkąd na nowo zapałałam miłością do szydełka, wolne chwile spędzam na wertowaniu czasopism i internetu w poszukiwaniu ciekawych wzorów. Trafiłam na ten pyszczek i od razu pomyślałam o mojej małej miłośniczce książek. 


Zakładka powstawała naprawdę szybko i bezproblemowo, a skorzystałam z TEGO wzoru, którego wykonanie jest świetnie wyjaśnione. Niesamowicie cieszę się, że trafiam na coraz więcej polskich tutoriali. Ja jeszcze nie porwałam się na skomplikowane i pracochłonne wzory, ale z zachwytem podziwiam prace mistrzyń szydełka. 



Zakładka swojej nowej użytkowniczce bardzo się podoba i dzielnie jej nadal służy. A skoro wciąż się nie spruła, to chyba znaczy, że w miarę sprostałam zadaniu :)


Przy okazji wrzucam dwa kadry z kuchni, bo taki bukiet żonkili nie mógł się zmarnować. Świeże kwiaty nie mają sobie równych i nawet mojej niedokończonej kuchni dodają uroku. 
Przy okazji donoszę, że kafle podłogowe nadal czekają w kartonach. Ale to jakby nie było dopiero dwa miesiące leżakowania, więc co ja tu w ogóle narzekam, hehe.


Szafki na zastawę nadal otwieram jakimiś dziwnymi sposobami, bo i tu nie podjęłam decyzji, więc nie mam uchwytów. Dolne szafki je mają, wow! No ale tylko dlatego, że nie dało się ich za nic wysuwać bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Może w najbliższej pięciolatce się na coś zdecyduję ;)


To drugie kuchenne zdjęcie zamieszczam tu, bo przypomniało mi standardowe pytanie, które słyszę baaaardzo często w kontekście domu: czy mam telewizor? 
Chociaż nie, jeszcze częściej pada pytanie o to, jak duży jest mój telewizor. Jak widać, jest i on. Wisi w kuchni, ale tak szczerze "pisząc", to mogłoby go w ogóle nie być. I nie jest tak, że jestem zagorzałym przeciwnikiem telewizji. Tak jak nie będę tu ściemniać, że nie mam czasu na oglądanie programów telewizyjnych. Po prostu zazwyczaj w wolnym czasie wciąga mnie coś innego. 
Jak choćby wspominane tym razem szydełko. Druga zakładka w toku, więc uciekam do roboty.


Pozdrowienia!

środa, 20 lutego 2019

Jest i wyspa !

Jest progres, heh. Ostatni wpis był w grudniu, mamy końcówkę lutego, ale od jakiegoś miesiąca usilnie próbuję się zabrać za nowy post, więc i tak jest lepiej. Coraz częściej kołacze mi myśl o blogowaniu, także korzystam z przypływu chęci i czasu. 
Tym razem jest co pokazać, bo to moje spełnione marzenie z listy domowych zachcianek. Od zawsze ze słowem "dom" kojarzyły mi się dwie rzeczy: ogród i wyspa w kuchni. Ten pierwszy był w pakiecie, na wyspę czekałam ponad rok, ale jak już stanęła, to faktycznie stanowi serce kuchni. 
Zdjęcia trochę kiepskie, bo pogoda jeszcze nie sprzyja, jednak nie będę się zastawiać wyłącznie aurą. Ostatnio moje potrzepanie osiąga szczytowe punkty, bo co wezmę aparat, to mi coś przeszkodzi. Co zacznę robić zdjęcia, to zapomnę o statywie albo o zmianie ustawień w aparacie i potem się dziwie, że jakby ... nie podobają mi się efekty. Co więcej, wyspy za dobrze nie widać. Gdyby ktoś się zastanawiał jaki jest tego powód, to przyznaję szczerze, że kadr bez zrobionej podłogi nie wyglądał już tak dobrze. Tak, tak, nadal nie mam kafli na podłodze w kuchni :) Zatem nie będę tu kokietować, że w następnym poście kolejne odsłony i podsycać ciekawość, bo znam siebie i pewnie kolejne ujęcie pojawi się tu dopiero wraz z nową podłogą. 



A kiedy? Ha, tego nie wiedzą najstarsi górale ;) A tak serio, to chyba wpadłam w jakiś dołek decyzyjny, bo nie potrafiłam wybrać, co chcę mieć na podłodze w kuchni. Nie popełniajcie mojego błędu! Jak macie coś zrobić, róbcie od razu. Ja marudziłam, rozkminiałam na milion sposobów opcje tej kuchennej podłogi, sto razy zmieniałam zdanie, aż finał był taki, że nie kupiłam kafli, które wymyśliłam tam na samym początku planowania. Dlatego też panowie kafelkarze zrobili cały dół, a ja nadal nic do kuchni nie miałam, więc umówiliśmy się na "kiedyś tam". Ten mój marazm trwałby dłużej, gdyby nie właśnie wyspa. Tak ją chciałam, że stanęła na tej "gołej" podłodze, ale to już był szczyt głupoty, dlatego też bez dłuższego zastanawiania się podjęłam decyzję. I co? Z podkulonym ogonem zamówiłam płytki, które wybrałam na samym początku, bo przez ten cały czas niczego bardziej interesującego nie znalazłam. Setki, ba tysiące przejrzanych inspiracji, instagram zwiedzony wzdłuż i wszerz, a ja nadal zapełniałam galerię screenami z TYM wzorem, który zakiełkował w głowie jako pierwszy. Dlatego też i w kuchni pojawi się zmora naszych kafelkarzy: biało-czarne oktagony Vives :) Także nie dość, że jestem głupia, to jeszcze nudna i przewidywalna :) Finał tej historii jest teraz taki, że kafelkowanie najprawdopodobniej odbędzie się najwcześniej (!) w wakacje, a do tego będę wyciągać wszystko z wyspy, a i ją samą też z kuchni, bo przecież nie wytrzymałam z jej montażem. 


Jednak nie będę kryć, że jestem z niej ogromnie zadowolona.  Daaaawno nic mnie takiego wnętrzarskiego nie ucieszyło tak, jak ten mebel. A jeśli chodzi o szczegóły z nią związane to jest to samoróbka złożona z 4 ikeowskich szafek. Do tego blat docięty u zaprzyjaźnionego stolarza i po temacie. Powstała naprawdę szybko i bezproblemowo. 


Ale co tam o wyspie! Tyle tekstu już tu naprodukowałam o zwykłym meblu, a tu ważniejszy temat czeka! W domu pojawił się nowy członek rodziny - maleńka Yume. Kto z dawnych czytelników pamięta mojego husky - Bohuna, ten wie, jak bardzo byłam z nim związana. Ten wielki indywidualista, pies jedyny w swoim rodzaju, po prawie 14 latach zakończył naszą wspólną wędrówkę i zostawił po sobie ogromną pustkę. Do dziś łapię się na tym, że podjeżdżam pod dom i odruchowo szukam wzrokiem mojego biało-czarnego futrzaka. A że dom bez zwierząt to dla mnie tylko puste mury, to po jakimś czasie zawitała ta łobuziara. 



Jest biało-szara, wyjątkowo przytulna i serdeczna, ale tak broi, tak szaleje, że tego nie da się opisać. Psa o tak niespożytej energii jeszcze nie miałam :) Husky to piękne psy, cudowna rasa, ale dla wyjątkowo wyrozumiałych właścicieli. I tu pojawia się pewna "drobna" nieścisłość. Jak to pogodzić z moją słabością do białych, czystych wnętrz? No nijak :) Po latach walki ze sobą oraz walki z wiatrakami pod postacią psów już się tak nie przejmuję podłogą z błotnym wzorem psich łap. A temu spojrzeniu po prostu nie da się oprzeć.


To do następnego razu!




poniedziałek, 31 grudnia 2018

Na zakończenie


Kończąc ten rok chciałam jeszcze zdążyć z ostatnim wpisem, aby zamknąć go i zostawić za sobą. Chyba nie umiałabym zrobić podsumowania, trochę był dobry, trochę zły, jak to w życiu się przeplata. 
Faktem jest, że grudniowych wpisów miało być więcej, jednak nie wszystko poukładało się po mojej myśli. Wystarczy wspomnieć, że jak tylko nadeszły wolne dni przed Świętami, ja dopełniłam tradycji i ... się rozchorowałam. Już wszyscy żartowali, że tym razem też będę chora, ale przysięgam! - myślałam, że tym razem nastąpi chlubny wyjątek. 
Jednak NIE! Infekcje górą. Chociaż i tak jestem wdzięczna, że nie było aż takich ekscesów jak Wielkanocą. Tym razem zapalenie płuc mnie ominęło i już w miarę zdrowa wkraczam w Nowy Rok. 


Czy będą postanowienia? Sama nie wiem :) Marzy mi się odświeżenie bloga, powrót do tego wirtualnego świata, który dawał mi wiele radochy. Czasem aż szkoda mi było tego, że nie pokazuję zmian w domu, ale nic się nie składało. Czasu nagle zrobiło się jeszcze mniej ( już nawet nie wiem, jakim cudem ), a ja nie umiałam się pozbierać. Hamowało mnie też podświadome przeświadczenie, że nie piszę dla siebie. Swoistym szokiem było uświadomienie sobie po publikacji zdjęć w gazecie, że ktoś to jednak czyta :))))) Niby człowiek wie, że puszcza słowa i obrazy w świat, a jednak jakoś to nie docierało. Teraz dotarło i jakby zaczęłam się wstydzić, hehe. Pewnie nie jestem w tym sama, ale widać musiałam się długo z samą sobą boksować, żeby się przełamać. 
A skoro już jestem, to wrzucam kilka spóźnionych ujęć w tematyce świątecznej. Przede wszystkim choinka w holu. To moje spełnione marzenie. Jeszcze przed przeprowadzką było na szczycie mojej listy do zrealizowania. Drzewo na pniu jest samoróbką - sztuczna choinka została wkręcona w prawdziwy pień po zeszłorocznym drzewku. Zbyt wiele tego drzewka nie widać, trzeba uwierzyć na słowo, że kryje się pod tym gąszczem ozdób. Zdecydowanie minimalizm nie wyszedł mi i Adce. A z zasadzie jej, bo to ona zajęła się dekoracją. Medal dla tego, kto przekonałby ją, że jedna ozdoba na jednej gałązce to wystarczająca ilość :) 


 Choinka w wersji na bogato, druga w salonie raczej też, więc zrobiłam sobie tylko moją dekorację w zdecydowanie skromniejszym wydaniu. We wnęce na piętrze powiesiłam gałąź obłożoną resztkami gałązek choinkowych i dodałam szydełkowe ozdoby, które ostatnio robiłam podczas wieczorów z serialami. Właśnie za to lubię zimę - jest czas i sprzyjająca atmosfera do takich przyjemności. Sama się sobie dziwię, że ogarnęłam szydełkowanie po 3 latach przerwy. Kocham tutoriale na YT ;) 



 Chyba się zbytnio rozpisałam, hehe. Niby miałam tylko wrzucić zdjęcia, a wyszło jak zwykle. A jeszcze w planach przegląd ulubionych blogów, których tak dawno nie odwiedzałam. Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze, a jednocześnie przepraszam, że na nie nie odpisałam. Coś się "zepsuło" i się nie dało. 
Do zobaczenia w przyszłym roku!

sobota, 8 grudnia 2018

Kolejne podejście!


Rano wstałam z myślą, że dziś jest TEN dzień. Siadam i odkopuję bloga. Mocne postanowienie, gorzej z wykonaniem, bo a to hasło nie wchodziło, a to nie umiałam zdjęć znaleźć i tak zeszło do wieczora. Siedzę i myślę, od czego by zacząć i po prostu wrzuciłam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Zatem koza debiutuje na blogu po przerwie. 



Od razu przyznam, że nie jest to najnowszy nabytek domowy, zdjęcie ciut niżej z piwoniami skutecznie demaskuje czas pojawienia się kozy. Jednak skoro to sezon zimowy, to uznajmy, że wpasowała się tematycznie. 
Tak dogłębnie przeszukałam zdjęcia, że nawet znalazłam archiwalne już ujęcia.  W tym miejscu wcześniej ani kozy, ani kominka nie było. W czasie remontu stanął tu piecyk z odzysku i jego pojawienie się było czysto praktyczne: roboty trwały, zima w pełni, a grzejniki już były zdemontowane. Tak przyzwyczaiłam się do klimatu, jaki dawał ten piecyk, że nie wyobrażałam sobie tego miejsca w innym wydaniu. Cegły zostały odsłonięte już z powodu planowanej kozy, były tam od zawsze ukryte, trzeba było je jedyne wyczyścić i przemalować.



Tak, przemalować, hehe. Widok ceglanej ściany w mieszkaniu w kamienicy tak bardzo mi się opatrzył, że nie potrafiłam się do niej przyzwyczaić i w końcu zostały one tu, w domu, pobielone. Nie żałuję, ten kąt wpasował się w klimat całego domu idealnie. 



Jeszcze słówko o samej kozie: to Jotul, identyczny model, który bez zarzutu spisywał się w kamienicy. Chyba nigdy nie kupiłam czegoś ponownie, ale Jotule nie mają sobie równych, więc nie było sensu szukać zamiennika. Jedyna różnica to rura, która tym zatem została celowo pozostawiona "na widoku". Ta wersja zdecydowanie bardziej mi się podoba. 


 I tym sposobem dotarłam do końca wpisu. Nawet nie spodziewałam się, że pójdzie tak szybko i sprawnie. Chociaż przyznaję, w natłoku myśli nie napisałam nic o tym, co działo się w czasie tej przerwy, ale to temat na kolejne odsłony. Z wielką nadzieję planuję kolejne wpisy i przyznam, że ta dzisiejsza pisanina sprawiła mi niemałą frajdę. Oby wystarczyło sił, czasu i zapału, bo ten wirtualny pamiętnik ma swój urok. 
To do następnego!



niedziela, 19 lutego 2017

Kuchnia, schody czy łazienka ?

Zabrałam się za wrzucanie zdjęć na bloga i pierwszy raz chyba pomyślałam: jakie one "niewyjściowe" ;)
Dawno już nie było tutaj ładnych, pokazowych ujęć. Wszystko takie surowe, niewystylizowane, no samo życie remontowe. I jeszcze "trochę" na takie zdjęcia trzeba będzie poczekać. 


W tym tygodniu nie wiadomo było za co się łapać, hehe. Termin przeprowadzki coraz bliżej, więc w każdym pomieszczeniu coś się dzieje, Kuchnia została doprowadzona do stanu umożliwiającego korzystanie z niej i taka przez jakiś czas zostanie. Brakuje szafek wiszących, zmywarki i innych sprzętów, a także wyspy, na którą czekam najbardziej. 


Idziemy na schody. Ich główna część skończona! Zdjęcie powyżej jeszcze bez poręczy, z brudną podłogą, zrobione telefonem na szybko, wybaczcie te niedopracowane ujęcia ;)
Najczęściej po prostu jest tak, że wpadam tam po drodze na chwilę, żeby w ogóle móc uchwycić zmiany.


A tu już wspominane balustrady, z jednej strony zniknęły skrzynki :))) Jeszcze "tylko" dwie strony i będę mogła odetchnąć, że nikogo ta przestrzeń nie pochłonie. 


Dotarła także bardzo wyczekiwana przesyłka. Wprawdzie z tygodniowym opóźnieniem, ale wybaczam, warto było poczekać.


Ta wielka "skrzynia skarbów" skrywała wannę. Już w opakowaniu podbiła moje serce. To był chyba trafiony wybór.


 Trochę niezauważone, w cieniu wanny pojawiły się panele. Na pierwszy ogień poszedł pokój Ady. Ciekawa jestem, jak będą się prezentować, bo nie jestem do końca przekonana. Kusi mnie bardzo ta biało - czarna podłoga w całym domu. Się okaże :)


W kolejnym wpisie na pewno pojawi się gotowa do użycia wanna i panele. Do zobaczenia !

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...