





No właśnie... Nadal nie przyzwyczaiłam się do słowa "żona" wypowiadanego przez mojego męża, nadal podpisuję się z przyzwyczajenia panieńskim nazwiskiem, ale życie po ślubie nabrało jeszcze piękniejszych barw. Fotografowanie mojej sukni ślubnej sprawiło mi ogromną przyjemność. Chodzenie na przymiarki trochę mniej, ale efekt był tego wart. Już dawno temu wymyśliłam projekt sukni, ale właścicielka salonu radziła zmierzyć różne fasony. Niestety, żaden nie był dla mnie tym właściwym i uszyto mi suknię wymyśloną przeze mnie :) Moja suknia była pozbawiona koronek, falbanek i wszelkich ozdób, bo źle się w takich modelach czułam. A zmierzyłam ich naprawdę dużo. Stanęło na tym, że zdobił ją jedynie haft wokół dekoltu i fioletowa szarfa tworząca z tylu dwie wstęgi. Kolor szarfy nieprzypadkowy - dobrany do koloru butów. To dość nietypowy wybór, ale nie potrafiłam się przekonać do białego obuwia. Dłuuuuugo ich szukałam, ale na szczęście trafiłam na takie, które były realizacją moich marzeń. Na dodatek były bardzo wygodne, więc nie żałowałam wyboru. Do sukni było też białe, satynowe bolerko. Mimo że suknia była skromna, czułam się w niej wspaniale, wyjątkowo, a naważniejesze, że mój mąż był zachwycony końcowym efektem, bo zgodnie z tradycją nie widział jej przed ślubem :) A przy okazji przesądów: rano, w dniu ślubu padał deszcz, po południu świeciło słońce - to podobno dobry znak. A na dodatek dwa razy obcy ludzie, przechodnie złożyli nam życzenia :) Nie jestem przesądna, ale takie życzenia są bardzo przyjemne.