Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2020

Kuchenny kadr z szydełkowymi jajkami z tle

Plan na szydełkowe jajka wymyśliłam już dawno temu. Zaczęłam je robić jeszcze w zimowe wieczory, bo miało ich być duuużo i miały powędrować do wielu osób. W obecnej sytuacji jaja zostają w domu i raczej już więcej ich nie będzie. Patera zapełniona, wystarczy :)


Przy okazji załapał się jeden kuchenny kadr "na pamiątkę": przy trwających pracach wszystko jest poprzestawiane. Stół stał do tej pory w innym miejscu i tutaj rezyduje tylko tymczasowo, ale takie zmiany wcale nie są złe. Zawsze to jakaś odskocznia od codzienności.


Tym razem bez odnośnika do wzoru - robiłam tak "na oko", kombinując, by zmieścić do środka szydełkową bazę.  Kolory też przypadkowe: wykorzystywałam resztki bawełnianych włóczek i powstał barwny akcent w mojej biało-czarnej kuchni. 


Jest też kilka jaj w moich kolorach: to te z białego i szarego kordonka. Są bardziej pracochłonne, bo trzeba się "namachać", by zagospodarować cienką niteczką akrylową bazę, ale musiałam zrobić coś w 100% "mojego". Wiadomo, te barwy są bliższe mojemu sercu.
I prawie zbliżamy się do Wielkiej Nocy. Szydełkowych planów związanych ze Świętami już nie mam. Po tych jajecznych klimatach zatęskniłam za amigurumi, także można się spodziewać jakiejś maskotki.
Pozdrowienia!




niedziela, 22 marca 2020

Lampion na szydełku

Dziś mało zdjęć i niewiele słów.
Korzystając z okazji, że kuchenna wyspa zmieniła miejsce i wylądowała w jadalni( nawet nie będę komentować tych remontowych zawirowań, heh ) powstało kilka ujęć nowego tworu szydełkowego.


Lampion już w trochę wielkanocnym klimacie, do tego kilka gałązek z ogrodu na przywołanie wiosny. 


Pracy przy lampionie sporo - tym razem przekonałam się dosłownie, co znaczy koronkowa robota. Cieniutki kordonek i małe szydełko to coś zupełnie innego niż wcześniejsze szydełkowe robótki, które miałam na warsztacie.


 Cieszy niezmiernie w tym nieciekawym czasie. I choć oczekiwanie na Wielkanoc w tym roku ma zupełnie inny wymiar, to kilka chwil dziennie z szydełkiem daje głowie tak potrzebne wytchnienie.
Trzymajcie się!


sobota, 22 lutego 2020

Szydełkowy miś na domkowej półce

I zrobiła się dłuższa przerwa.
Zupełnie niezaplanowana, ale odejście bliskiej osoby zawsze wytrąca z rytmu, a powrót na właściwe tory trochę trwa. Nie umiałam się zebrać, by wrzucić tu zdjęcia, które zrobiłam już z miesiąc temu. W ramach przełamywania marazmu spróbuję tu jednak coś sklecić.


 Kolejne kadry z adkowego pokoju: półka - domek, która przywędrowała z nami z kamienicznego mieszkania. Zrobiona specjalnie dla małej jeszcze wtedy Ady przez tatę wisiała w pobliżu kuchni, kto to jeszcze pamięta, hehe ?? KLIK W domu od razu trafiła do jej pokoju. Ostatnio zamieszkał na niej retro misiek, którego zrobiłam trochę dla niej, a trochę dla siebie :) Bardzo lubię takie klasyczne zabawki. 


Miś okazał się wyzwaniem, bo jeszcze nigdy nie łączyłam szydełkowania z elementami tkanin wszytymi w projekt. Na uszkach i nogach są fragmenty materiału i choć są niewielkie, to kolejny raz udowodniły mi, że z szyciem mi nie po drodze. Jakoś nie mam do tego serca, zdecydowanie wolę szydełko.




Pomimo tych trudności, sam projekt jest świetny. A pochodzi on z mojego ostatniego zakupu książkowego. Amigurumi zdecydowanie wciąga mnie coraz bardziej, szkoda tylko, że tak niewiele jest naszych polskich pozycji na rynku. Póki co, Ada wybiera kolejne pluszaki i kolejka coraz bardziej się wydłuża :) Na szydełku następny stworek prawie na ukończeniu, będzie co pokazywać. 


Szydełkowe ubranka wydawały mi się niezwykle skomplikowane, ale teraz widzę, że nie było czego się bać. Dobry schemat to podstawa.  


A sama półeczka co kilka dni się zmienia. Nic się na niej na stałe nie zatrzyma. Ada upycha tam różne drobiazgi, a ja nie umiem jej psuć koncepcji. Czasem tylko zastanawiam się, jak się urządza te wszystkie instafriendly pokoiki, które utrzymane są w porządku i jednolitej kolorystyce? :) W każdym razie ja nie umiem. I chociaż ostatnio zaniosłam na strych pięć ogromnych kartonów wypełnionych jej zabawkami, to nadal jej pokój odbiega od ideału. 



Przy okazji pochwalę się naszym wspólnym, tzn. Ady i moim dziełem: kawiarenką, którą wykonałyśmy same od A do Z. Uwielbiam takie miniaturki, a nad nią się naprawdę sporo napracowałyśmy. Każdy element trzeba było zrobić samodzielnie, łącznie z oświetleniem, bo w kawiarence jest nawet świecący żyrandol i neon. Ada lepiła maleńkie bułeczki, donuty i torciki, a ja spędzałam wolne wieczory na składaniu wszystkiego w całość. Super opcja na wspólny czas.


Tak nam się spodobało, że zabrałyśmy się za kolejną miniaturę - tym razem na warsztacie kamper. Będzie relacja, jak tylko skończymy. 
Biorę się za zakończenie też tego wpisu - wyjątkowo mi nie szło. Zdania wymęczone i bez polotu, ale czasem tak już bywa, jak myślami się jest gdzie indziej.
Do następnego!

wtorek, 14 stycznia 2020

Zielnik nad kuchenną wyspą i zapowiedź remontu


Kolejny kawałek do kuchennej układanki dołożony - jest zielnik ( czy też wieszak ) nad wyspą. Kto pamięta poprzednie kamieniczne mieszkanie, ten pewnie kojarzy duży zielnik wiszący między belkami. Planując kuchnię w domu nie myślałam o takim rozwiązaniu w ogóle. Pożegnałam się z tamtym i nie szukałam nawet zastępstwa. Aż ostatnio weszłam do najlepszego, mojego ulubionego centrum ogrodniczego ( na dodatek znajdującego się w mojej wsi ) i tam Go zobaczyłam. Dzięki takim zbiegom okoliczności zaczynam wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia ... do przedmiotów. 


Był czarny - to już dużo :) A na dodatek delikatny, ażurowy wzór przypominał ten na kuchennych kaflach, więc długo się nie zastanawiałam. Dopiero wsiadając z nim po auta uzmysłowiłam sobie, że przecież już nie chciałam go w nowej kuchni ... I te 5 min jechałam z duszą na ramieniu prawie przekonana, że nie wpasuje się w ogólną koncepcję. Przyznaję bez bicia: żałowałam, że nie posłuchałam rozumu, tylko znów fruuu i będzie, co ma być. Zielnik ukryłam w kącie w holu i przez kilka dni udawałam, że go tam nie ma. Ale nadchodziły święta i nawet wymyśliłam, że jakby co, to sprezentuję go osobie, która wiem, że o takim marzyła. Zebrałam się w sobie, przymierzyłam go i ... nie było tak źle. Po chwili już wisiał na swoim miejscu i ja naprawdę nie żałuję zakupu. A wręcz żałuję, wcześniej się za czymś takim nie rozglądałam.



Pewnie kompozycja będzie się zmieniać w zależności od pory roku, natomiast obecnie tez zimowy czas reprezentują na szybko zrobione śnieżynkowe łapacze snów. Zamiast serwetek, oprawiłam w obręcze gwiazdki i doczepiłam, co miałam pod ręką. A na zielniku kilka moich ulubionych książek kucharskich. Jest ich o wiele więcej, ale mają one do dyspozycji całą szafkę w wyspie. Jednak czasem mam ochotę na taką prawdziwą półkę z książkami w kuchni. Tylko jak to pogodzić z moją miłością do b&w oraz ładu w przestrzeni? Chyba się nie da, albo muszę poczekać na kolejny zryw, hehe.



Nie zdążyłam ze świątecznymi zdjęciami, ale ten kadr przypomniał mi o tegorocznym drzewku świątecznym. Pierwszy raz miałam w tej roli sosnę i jestem nią oczarowana. Było to przede wszystkim pokaźne drzewko, które wyprosiłam z dekoracji przed centrum ogrodniczym :) Prawie tam zamieszkałam, więc mam małe fory. Chciałam po świętach zasadzić je w ogrodzie, dlatego zależało mi na dorodnym okazie. Ciepła zima ułatwiła zadanie - sosna już na swoim miejscu i tam też wygląda tak dostojnie. Chociaż, żeby nie było samych hymnów pochwalnych na jej temat, jest okropna wręcz do dekoracji. Duże, szerokie gałązki kłują niemiłosiernie, a sznureczki przy choinkowych ozdobach ciężko "przepchnąć" przez ten  gąszcz igieł. Co chwilę coś z niej spadało, ale wybaczam i trzymam kciuki, by się przyjęła na nowym miejscu. 


Tak się też złożyło, że prawie rok temu zamieściłam tu wpis o pojawieniu się wyspy i też pojawił się bukiet kwiatów. Nie, nie - to nie te same zdjęcia. To kolejne przedurodzinowe kwiatki, jak ten czas pędzi!


A co w kwestii remontu?
Planując kuchenną zabudowę zostawiłam na samym końcu lukę. Wtedy nie byłam pewna, co tam chcę mieć, za to wiedziałam na 100%, że ponad pięć metrów kuchennych mebli na jednej ścianie plus boczna zabudowa i wyspa to jak dla mnie aż nadto. Nie chciałam powiększać tego kolosa o kolejną szafkę, więc najpierw wpasował się tam telewizor ( w sumie - prawie nieużywany, ale pominę to milczeniem ). Poźniej stanął tam jeszcze skrzydłokwiat, ale nadal czegoś brakowało. Po dwóch latach myślenia olśniło mnie i właśnie rozpoczęły się prace. A właściwie roboty, bo na początek trzeba skuć ścianę, żeby wewnątrz poprowadzić przewody. Szczerze mówiąc, myślałam że poprzednie korytko na ścianie było okej, ale nie będę się kłócić, przekonał mnie argument, że będzie lepiej wyglądało. 


Także pozdrawiam spod warstwy kurzu i biorę się za szydełkowanie. Na warsztacie coś, co wybrała sobie Ada i walczę zawzięcie, bo łatwo nie jest :)


środa, 4 grudnia 2019

Szydełkowe bombki 2019


Nie wiedziałam, że niemrawe promyki słońca potrafią tak zmobilizować do działania! W kilka minut zebrałam się do zrobienia zdjęć. A że czasu miałam niewiele, to wybaczcie ogólny chaos tego wpisu, ale pełnoetatowa praca plus dziecko, psy, dom i ... roraty :) nie ułatwiają blogowania. 


Nie wiem, jak robią to inne blogerki i instagramerki, ale ja ewidentnie nie umiem w internety, hehe. Zawsze wszystko na ostatnią chwilę, pomiędzy obiadem a zadaniem domowym, ale tak bardzo cieszą mnie te szydełkowe bombki, że musiałam je tu zachować na pamiątkę. W zeszłym roku udało mi się zrobić kilka, ale wtedy prym pierwszeństwa wiodły gwiazdki. Tym razem znalazłam tutorial na inny niż ubiegłoroczny model i się wkręciłam na całego. 


I kiedy cały dom cichnie, Ada śpi, a psy chrapią w najlepsze, ja włączam jakiś serial i szydełkuję. Celowo nie używam określenia "oglądam", bo znam główny zarys fabuły i dialogi, reszta jest wielkim niedopowiedzeniem :) A zwłaszcza jak coś nie wychodzi, oj, wtedy to odcinek cały na straty.  Na szczęście tym razem bomki nie okazały się wymagające i trzeci sezon "The crown" został zaliczony. 



Głównym motorem do fotografowania był ten metalowy stojak. Oczywiście czarny ( białych nie było :) ) Chociaż i tak bombki rozdam i pewnie zostanie mi jak zwykle jakaś jedna marna, prototypowa niedoróbka, to niesamowicie się z nich cieszę. A tak poza głównym tematem, uzmysłowiłam sobie, jak wiele radochy daje możliwość kupienia w hurtowni wszystkich potrzebnych do projektu kolorów włóczek. Jeszcze dobrze pamiętam te czasy, kiedy zakup trzech motków był przeze mnie planowany z ołówkiem w dłoni i sto razy przeliczany, by nie wydać zbyt dużo kasy. Ten czas adwentu uzmysłowił mi, jak bardzo jestem wdzięczna losowi, chociażby za takie drobiazgi.


Czas na mnie, muszę zmykać, ale za to z wielką frajdą, że udało się sklecić ten post. Na pożegnanie myszka - jedna z niewielu ozdób, które kupiłam w tym sezonie. Leżała w drogerii pomiędzy szamponami, to jak miałam jej nie wziąć. Odkąd Ada była mała, zawsze musiałam na jej prośby "ratować" takie porzucone pluszaki i dawać im u nas dom, hehe. 


Pozdrowienia!!!

sobota, 23 marca 2019

Zakładka na szydełku i trochę kuchni


Wraz z nadejściem wiosny naszło mnie na fotografowanie, więc powstało parę kadrów, które tu wrzucam "na pamiątkę". Akurat skończyłam drobiazg dla Adki - zakładkę do książek, to i obiekt do pozowania jak znalazł.  Odkąd na nowo zapałałam miłością do szydełka, wolne chwile spędzam na wertowaniu czasopism i internetu w poszukiwaniu ciekawych wzorów. Trafiłam na ten pyszczek i od razu pomyślałam o mojej małej miłośniczce książek. 


Zakładka powstawała naprawdę szybko i bezproblemowo, a skorzystałam z TEGO wzoru, którego wykonanie jest świetnie wyjaśnione. Niesamowicie cieszę się, że trafiam na coraz więcej polskich tutoriali. Ja jeszcze nie porwałam się na skomplikowane i pracochłonne wzory, ale z zachwytem podziwiam prace mistrzyń szydełka. 



Zakładka swojej nowej użytkowniczce bardzo się podoba i dzielnie jej nadal służy. A skoro wciąż się nie spruła, to chyba znaczy, że w miarę sprostałam zadaniu :)


Przy okazji wrzucam dwa kadry z kuchni, bo taki bukiet żonkili nie mógł się zmarnować. Świeże kwiaty nie mają sobie równych i nawet mojej niedokończonej kuchni dodają uroku. 
Przy okazji donoszę, że kafle podłogowe nadal czekają w kartonach. Ale to jakby nie było dopiero dwa miesiące leżakowania, więc co ja tu w ogóle narzekam, hehe.


Szafki na zastawę nadal otwieram jakimiś dziwnymi sposobami, bo i tu nie podjęłam decyzji, więc nie mam uchwytów. Dolne szafki je mają, wow! No ale tylko dlatego, że nie dało się ich za nic wysuwać bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Może w najbliższej pięciolatce się na coś zdecyduję ;)


To drugie kuchenne zdjęcie zamieszczam tu, bo przypomniało mi standardowe pytanie, które słyszę baaaardzo często w kontekście domu: czy mam telewizor? 
Chociaż nie, jeszcze częściej pada pytanie o to, jak duży jest mój telewizor. Jak widać, jest i on. Wisi w kuchni, ale tak szczerze "pisząc", to mogłoby go w ogóle nie być. I nie jest tak, że jestem zagorzałym przeciwnikiem telewizji. Tak jak nie będę tu ściemniać, że nie mam czasu na oglądanie programów telewizyjnych. Po prostu zazwyczaj w wolnym czasie wciąga mnie coś innego. 
Jak choćby wspominane tym razem szydełko. Druga zakładka w toku, więc uciekam do roboty.


Pozdrowienia!

środa, 20 lutego 2019

Jest i wyspa !

Jest progres, heh. Ostatni wpis był w grudniu, mamy końcówkę lutego, ale od jakiegoś miesiąca usilnie próbuję się zabrać za nowy post, więc i tak jest lepiej. Coraz częściej kołacze mi myśl o blogowaniu, także korzystam z przypływu chęci i czasu. 
Tym razem jest co pokazać, bo to moje spełnione marzenie z listy domowych zachcianek. Od zawsze ze słowem "dom" kojarzyły mi się dwie rzeczy: ogród i wyspa w kuchni. Ten pierwszy był w pakiecie, na wyspę czekałam ponad rok, ale jak już stanęła, to faktycznie stanowi serce kuchni. 
Zdjęcia trochę kiepskie, bo pogoda jeszcze nie sprzyja, jednak nie będę się zastawiać wyłącznie aurą. Ostatnio moje potrzepanie osiąga szczytowe punkty, bo co wezmę aparat, to mi coś przeszkodzi. Co zacznę robić zdjęcia, to zapomnę o statywie albo o zmianie ustawień w aparacie i potem się dziwie, że jakby ... nie podobają mi się efekty. Co więcej, wyspy za dobrze nie widać. Gdyby ktoś się zastanawiał jaki jest tego powód, to przyznaję szczerze, że kadr bez zrobionej podłogi nie wyglądał już tak dobrze. Tak, tak, nadal nie mam kafli na podłodze w kuchni :) Zatem nie będę tu kokietować, że w następnym poście kolejne odsłony i podsycać ciekawość, bo znam siebie i pewnie kolejne ujęcie pojawi się tu dopiero wraz z nową podłogą. 



A kiedy? Ha, tego nie wiedzą najstarsi górale ;) A tak serio, to chyba wpadłam w jakiś dołek decyzyjny, bo nie potrafiłam wybrać, co chcę mieć na podłodze w kuchni. Nie popełniajcie mojego błędu! Jak macie coś zrobić, róbcie od razu. Ja marudziłam, rozkminiałam na milion sposobów opcje tej kuchennej podłogi, sto razy zmieniałam zdanie, aż finał był taki, że nie kupiłam kafli, które wymyśliłam tam na samym początku planowania. Dlatego też panowie kafelkarze zrobili cały dół, a ja nadal nic do kuchni nie miałam, więc umówiliśmy się na "kiedyś tam". Ten mój marazm trwałby dłużej, gdyby nie właśnie wyspa. Tak ją chciałam, że stanęła na tej "gołej" podłodze, ale to już był szczyt głupoty, dlatego też bez dłuższego zastanawiania się podjęłam decyzję. I co? Z podkulonym ogonem zamówiłam płytki, które wybrałam na samym początku, bo przez ten cały czas niczego bardziej interesującego nie znalazłam. Setki, ba tysiące przejrzanych inspiracji, instagram zwiedzony wzdłuż i wszerz, a ja nadal zapełniałam galerię screenami z TYM wzorem, który zakiełkował w głowie jako pierwszy. Dlatego też i w kuchni pojawi się zmora naszych kafelkarzy: biało-czarne oktagony Vives :) Także nie dość, że jestem głupia, to jeszcze nudna i przewidywalna :) Finał tej historii jest teraz taki, że kafelkowanie najprawdopodobniej odbędzie się najwcześniej (!) w wakacje, a do tego będę wyciągać wszystko z wyspy, a i ją samą też z kuchni, bo przecież nie wytrzymałam z jej montażem. 


Jednak nie będę kryć, że jestem z niej ogromnie zadowolona.  Daaaawno nic mnie takiego wnętrzarskiego nie ucieszyło tak, jak ten mebel. A jeśli chodzi o szczegóły z nią związane to jest to samoróbka złożona z 4 ikeowskich szafek. Do tego blat docięty u zaprzyjaźnionego stolarza i po temacie. Powstała naprawdę szybko i bezproblemowo. 


Ale co tam o wyspie! Tyle tekstu już tu naprodukowałam o zwykłym meblu, a tu ważniejszy temat czeka! W domu pojawił się nowy członek rodziny - maleńka Yume. Kto z dawnych czytelników pamięta mojego husky - Bohuna, ten wie, jak bardzo byłam z nim związana. Ten wielki indywidualista, pies jedyny w swoim rodzaju, po prawie 14 latach zakończył naszą wspólną wędrówkę i zostawił po sobie ogromną pustkę. Do dziś łapię się na tym, że podjeżdżam pod dom i odruchowo szukam wzrokiem mojego biało-czarnego futrzaka. A że dom bez zwierząt to dla mnie tylko puste mury, to po jakimś czasie zawitała ta łobuziara. 



Jest biało-szara, wyjątkowo przytulna i serdeczna, ale tak broi, tak szaleje, że tego nie da się opisać. Psa o tak niespożytej energii jeszcze nie miałam :) Husky to piękne psy, cudowna rasa, ale dla wyjątkowo wyrozumiałych właścicieli. I tu pojawia się pewna "drobna" nieścisłość. Jak to pogodzić z moją słabością do białych, czystych wnętrz? No nijak :) Po latach walki ze sobą oraz walki z wiatrakami pod postacią psów już się tak nie przejmuję podłogą z błotnym wzorem psich łap. A temu spojrzeniu po prostu nie da się oprzeć.


To do następnego razu!




poniedziałek, 31 grudnia 2018

Na zakończenie


Kończąc ten rok chciałam jeszcze zdążyć z ostatnim wpisem, aby zamknąć go i zostawić za sobą. Chyba nie umiałabym zrobić podsumowania, trochę był dobry, trochę zły, jak to w życiu się przeplata. 
Faktem jest, że grudniowych wpisów miało być więcej, jednak nie wszystko poukładało się po mojej myśli. Wystarczy wspomnieć, że jak tylko nadeszły wolne dni przed Świętami, ja dopełniłam tradycji i ... się rozchorowałam. Już wszyscy żartowali, że tym razem też będę chora, ale przysięgam! - myślałam, że tym razem nastąpi chlubny wyjątek. 
Jednak NIE! Infekcje górą. Chociaż i tak jestem wdzięczna, że nie było aż takich ekscesów jak Wielkanocą. Tym razem zapalenie płuc mnie ominęło i już w miarę zdrowa wkraczam w Nowy Rok. 


Czy będą postanowienia? Sama nie wiem :) Marzy mi się odświeżenie bloga, powrót do tego wirtualnego świata, który dawał mi wiele radochy. Czasem aż szkoda mi było tego, że nie pokazuję zmian w domu, ale nic się nie składało. Czasu nagle zrobiło się jeszcze mniej ( już nawet nie wiem, jakim cudem ), a ja nie umiałam się pozbierać. Hamowało mnie też podświadome przeświadczenie, że nie piszę dla siebie. Swoistym szokiem było uświadomienie sobie po publikacji zdjęć w gazecie, że ktoś to jednak czyta :))))) Niby człowiek wie, że puszcza słowa i obrazy w świat, a jednak jakoś to nie docierało. Teraz dotarło i jakby zaczęłam się wstydzić, hehe. Pewnie nie jestem w tym sama, ale widać musiałam się długo z samą sobą boksować, żeby się przełamać. 
A skoro już jestem, to wrzucam kilka spóźnionych ujęć w tematyce świątecznej. Przede wszystkim choinka w holu. To moje spełnione marzenie. Jeszcze przed przeprowadzką było na szczycie mojej listy do zrealizowania. Drzewo na pniu jest samoróbką - sztuczna choinka została wkręcona w prawdziwy pień po zeszłorocznym drzewku. Zbyt wiele tego drzewka nie widać, trzeba uwierzyć na słowo, że kryje się pod tym gąszczem ozdób. Zdecydowanie minimalizm nie wyszedł mi i Adce. A z zasadzie jej, bo to ona zajęła się dekoracją. Medal dla tego, kto przekonałby ją, że jedna ozdoba na jednej gałązce to wystarczająca ilość :) 


 Choinka w wersji na bogato, druga w salonie raczej też, więc zrobiłam sobie tylko moją dekorację w zdecydowanie skromniejszym wydaniu. We wnęce na piętrze powiesiłam gałąź obłożoną resztkami gałązek choinkowych i dodałam szydełkowe ozdoby, które ostatnio robiłam podczas wieczorów z serialami. Właśnie za to lubię zimę - jest czas i sprzyjająca atmosfera do takich przyjemności. Sama się sobie dziwię, że ogarnęłam szydełkowanie po 3 latach przerwy. Kocham tutoriale na YT ;) 



 Chyba się zbytnio rozpisałam, hehe. Niby miałam tylko wrzucić zdjęcia, a wyszło jak zwykle. A jeszcze w planach przegląd ulubionych blogów, których tak dawno nie odwiedzałam. Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze, a jednocześnie przepraszam, że na nie nie odpisałam. Coś się "zepsuło" i się nie dało. 
Do zobaczenia w przyszłym roku!

sobota, 8 grudnia 2018

Kolejne podejście!


Rano wstałam z myślą, że dziś jest TEN dzień. Siadam i odkopuję bloga. Mocne postanowienie, gorzej z wykonaniem, bo a to hasło nie wchodziło, a to nie umiałam zdjęć znaleźć i tak zeszło do wieczora. Siedzę i myślę, od czego by zacząć i po prostu wrzuciłam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Zatem koza debiutuje na blogu po przerwie. 



Od razu przyznam, że nie jest to najnowszy nabytek domowy, zdjęcie ciut niżej z piwoniami skutecznie demaskuje czas pojawienia się kozy. Jednak skoro to sezon zimowy, to uznajmy, że wpasowała się tematycznie. 
Tak dogłębnie przeszukałam zdjęcia, że nawet znalazłam archiwalne już ujęcia.  W tym miejscu wcześniej ani kozy, ani kominka nie było. W czasie remontu stanął tu piecyk z odzysku i jego pojawienie się było czysto praktyczne: roboty trwały, zima w pełni, a grzejniki już były zdemontowane. Tak przyzwyczaiłam się do klimatu, jaki dawał ten piecyk, że nie wyobrażałam sobie tego miejsca w innym wydaniu. Cegły zostały odsłonięte już z powodu planowanej kozy, były tam od zawsze ukryte, trzeba było je jedyne wyczyścić i przemalować.



Tak, przemalować, hehe. Widok ceglanej ściany w mieszkaniu w kamienicy tak bardzo mi się opatrzył, że nie potrafiłam się do niej przyzwyczaić i w końcu zostały one tu, w domu, pobielone. Nie żałuję, ten kąt wpasował się w klimat całego domu idealnie. 



Jeszcze słówko o samej kozie: to Jotul, identyczny model, który bez zarzutu spisywał się w kamienicy. Chyba nigdy nie kupiłam czegoś ponownie, ale Jotule nie mają sobie równych, więc nie było sensu szukać zamiennika. Jedyna różnica to rura, która tym zatem została celowo pozostawiona "na widoku". Ta wersja zdecydowanie bardziej mi się podoba. 


 I tym sposobem dotarłam do końca wpisu. Nawet nie spodziewałam się, że pójdzie tak szybko i sprawnie. Chociaż przyznaję, w natłoku myśli nie napisałam nic o tym, co działo się w czasie tej przerwy, ale to temat na kolejne odsłony. Z wielką nadzieję planuję kolejne wpisy i przyznam, że ta dzisiejsza pisanina sprawiła mi niemałą frajdę. Oby wystarczyło sił, czasu i zapału, bo ten wirtualny pamiętnik ma swój urok. 
To do następnego!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...