sobota, 22 listopada 2014

Pierwsza gwiazdka.

 Mamy końcówkę listopada, pierwsze zimowo-świąteczne akcenty nie budzą już zdziwienia, więc bez większej krępacji wrzucam zdjęcia mojego najnowszego nabytku. Z kupowaniem dekoracji ( zwłaszcza sezonowych ) ostatnio jestem bardzo ostrożna, bo miejsca na ich przechowywanie zaczyna brakować, dlatego gwiazdę obracałam w dłoniach dłuuugo, zanim się na nią zdecydowałam. Zwłaszcza, że była poskładana i zamknięta w pudełku – nie wiedziałam, czego się spodziewać.


 Byłam bardzo ciekawa obiecywanego efektu świetlnego i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona. Lampki umieszczone wewnątrz dają efekt trójwymiarowych gwiazd uwięzionych w konstrukcji. Wygląda to naprawdę dobrze, choć moje zdjęcia nie są w stanie oddać dokładnie tego efektu.


Gwiazda jest prawie idealna. Jedyne, co nie do końca mi się podoba, to holograficzne motywy. Ja za takim blink-blink nie przepadam, ale na szczęście trzeba się przyjrzeć, by to dostrzec.


A co u nas?
Siejemy zioła. Ada lubi takie eksperymenty.


Sprzątamy, ustawiamy, meblujemy. Wolne miejsce na sofę gotowe.


I to tyle na dziś :)
Pozdrawiam!



PS Gwiazdka jest z Lidla, kupiona w piątek. Zrobiona ze sztywnego brystolu o sporych wymiarach ( średnica ok. 58 cm ).

niedziela, 16 listopada 2014

Kominkowe wieczory.

Ostatnie wieczory nie należały już do najcieplejszych, więc zaczął się w naszym domu sezon kominkowy, na który od dawna już czekałam. Ogień daje niesamowite poczucie przytulności i taką rodzinną atmosferę.


W salonie jest już kolejny mebel – pojemny i wielofunkcyjny puf ( czy Wy też wolicie bardziej swojsko, ale i niepoprawnie brzmiącą formę "pufa"? ) , który już za chwilę dostanie do kompletu sofę. Nie  było łatwo z wyborem,  ale o tym to może napiszę w osobnym wpisie. 


Na tacy zestaw idealny na chłodne wieczory: świeca, książka i robótka szydełkowa. 


Udało mi się okiełznać niesforną włóczkę, którą kupiłam bez zastanowienia. Długo się do niej zabierałam, ale okazała się niezbyt trudna w ujarzmieniu – będzie lekka chusta.


 Szkoda tylko, że tych spokojnych wieczorów nie jest zbyt wiele, ale cieszę się nawet z tych chwil i myślami już jestem w okolicach świąt :)


Pozdrowienia!

niedziela, 9 listopada 2014

U nas jak zwykle :)

 To nie była przemyślana decyzja, ale jak najbardziej trafiona.
Salon nie jest skończony, a my z bałaganem w łazience, ale…
farba została,
żal wyrzucić,
po 3 latach ściany nie wyglądają już tak dobrze,
mąż ma chwilę  wolnego,
więc…
 wszystko widać na zdjęciach.


Kolor był szarawy, będzie biały. Sama jestem ciekawa, jaki będzie efekt, ale biel i tak sama się obroni.
Przy okazji pod pędzel pójdzie kaloryfer, który sama załatwiłam. Malowniczo, standardowo na samym widoku odpadł płat farby. Wieszałam czasem w tym miejscu jakieś drobne przepierki i taki jest efekt. Specjalna farba kupiona, pomalujemy i zobaczymy. 


Największą radochę ma Adka, która mogła się wykąpać pod foliowym zadaszeniem. Jednak dzieci widzą świat w zupełnie innych barwach i nawet remont jest okazją do dobrej zabawy.
Pozdrawiam serdeczne!

niedziela, 2 listopada 2014

Mix po przerwie.

Po długiej nieobecności czas na powrót. 
Po prostu obudziłam się dzisiaj i pomyślałam, że muszę zamieścić nowy wpis na blogu. Cieszę się, że w końcu przyszedł ten czas, kiedy bez zmuszania się, z prawdziwą przyjemnością mogę tu napisać kilka słów.


Ostatnio sporo dzieje się w naszym salonie. Roboty nabrały tempa i coraz spójniej wszystko wygląda. Na razie zostawiam tu sielski obrazek porządku w kąciku ze stołem, ale niech Was to nie zmyli :)



Mamy tu małe zamieszanie związane z malowaniem ścian i przesuwaniem kabli. Ściany nigdy tutaj nie były do porządku pomalowane, za to każda jest w innym odcieniu, bo resztki różnych farb lądowały właśnie na nich. Ściany będą białe, pierwsza warstwa już na nich, a przy okazji widać jeden z kolorów, który właśnie zamalowujemy ( to te ciemniejsze fragmenty tuż przy karniszu ).


Kinkiety musiały zostać poprzesuwane i przede wszystkim obniżone, bo poprzednie przewody były tak wysoko, że żarówki „osmalały” sufit. Teraz już jest dobrze.


Ostatnio niewiele kupuję przedmiotów do mieszkania, ale skusiłam się na pled z Biedronki i komplet tac.  Pled standardowo już szary, choć widziałam musztardowy odcień na kilku blogach i wspaniale się prezentował. Jednak moja niechęć do kolorów znów wygrała i szarak zagościł na fotelu.


Dwie bardzo podniszczone, drewniane tace przywiozłam z wakacji. Są zupełnie nowe, ale kosztowały tylko 10 zł, więc załapały się do bagażu. Jeszcze w nich leżakują wakacyjne wspomnienia, ale już niedługo zagoszczą zimowe akcenty.



Ostatnio wieczory poświęcam na prace nad ciepłą chustą. Nie mam wielkiego pola do popisu z moimi szydełkowymi umiejętnościami, ale zaczynam wierzyć, że chyba coś z niej będzie :) Gruba włóczka i szary kolor to mój duet idealny.
Sofa do salonu już wybrana, fotel prawie, prawie, więc niedługo będę miała co fotografować. Do następnego!
Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 13 lipca 2014

Drobiazgi kuchenne i mała demolka.

W mojej kuchni pojawiło się kilka nowości, więc nadszedł czas na zdjęcia. 


Udało się skompletować pojemniki z ptaszkami – ta ilość już mnie satysfakcjonuje. W jednym z nich słomki do picia, bo Adka przeżywa fascynację piciem przez rurkę :)


Słój obok prawie pusty, a to dlatego, że ciastka szybko z niego znikają. Kupiony ostatnio stempelek rozpala się do czerwoności, by stała porcja słodkości zawsze czekała na chętnych. Widywałam ten stempel na wielu blogach i musiałam go kupić ze względu na Adkę – ona uwielbia pomagać mi w pieczeniu.


Jest też coś tak prostego, że aż dziwnie o tym pisać, ale muszę, bo podstawka na łyżkę sprawdza się genialnie.  Ja zawsze kombinuję, gdzie by tu ją odłożyć i nie narobić bałaganu. Teraz mam problem z głowy.


Wpadła mi tez w oko pięknie wydana gazetka o pieczeniu. To zdecydowanie moja ulubiona czynność kuchenna, więc trzy przepisy już wypróbowałam. Wszystkie wyszły pysznie, a następne już czekają w kolejce.


W kuchni nie może też zabraknąć kwiatów. Najbardziej lubię takie miksy wszystkiego po trochu.


Czajniczek nie nadaje się do gotowania wody, ale jako dzban na kwiaty sprawdza się idealnie.


A gdzie zapowiadana demolka? 
W salonie. 
Temat drugiej lampy prosił się o realizacje już od dawna, ale były pilniejsze sprawy, jednak w końcu i na to przyszedł czas. Jedno źródło światła na suficie w tym pomieszczeniu nie wystarczało i postanowiliśmy dołożyć lampę nad stołem, a tę już istniejącą przesunąć.


Przy okazji odkryliśmy jeszcze kawałek ceglanej ściany, bo kończyła się ona równo z kozą i nie wyglądało to dobrze. W sumie nic wielkiego: dziura w ścianie i wzdłuż sufitu, ale pył musiał się dostać wszędzie, hehe. Na pocieszenie jest fakt, że Mąż zrobił to w ekspresowym  tempie. Gorzej ze mną, bo nie jest tak łatwo zdecydować się na lampę. Szukam takiej nad stół i jest nawet jedna zabójczo piękna, ale i też nieprzyzwoicie droga. Zobaczymy, mam jeszcze trochę czasu do namysłu.


Stan robót na dziś wygląda tak: nie jest już źle. Zdjęcie zrobione tuż po fugowaniu cegieł , stąd ten mokry, ciemniejszy odcień.


Na razie straszy taki kikut ( to tu ma być nowa lampa ), ale to nie koniec prac w salonie. Jeszcze czeka nas trochę prucia ścian i malowanie.


I tak mijają ostatnio moje dni: pieczenie ( w ramach przyjemności ) i sprzątanie ( tu już mniej przyjemnie, za to z miłą wizją na przyszłość ). 
Pozdrowienia!

środa, 18 czerwca 2014

I know you're tired.

Mój Mąż mówi mało. Bywa, że się o to wściekam, ale jest i tak, że tę powściągliwość w nim bardzo cenię. Pomaga swoją obecnością, czynami, a nie słowami. Tak już jest skonstruowany.
A ja lubię prasować. Ulubiona playlista i żelazko to sposób na smutki i relaks. Macham żelazkiem, stos gładziutkich ubrań rośnie, gdy nagle słyszę z jego ust tylko: „Wiem, że jesteś zmęczona, ale to minie.” I już, tyle. Spojrzał miękko, założył psu obrożę i wyszedł z nim na spacer. Alarm w żelazku przypomniał mi o powrocie do rzeczywistości. 
Nie wiem, czy dobrze wsłuchał się w moją muzyczną faworytkę ostatnich dni, czy to taki zbieg okoliczności, ale dzięki temu nie musiałam zastanawiać się nad tytułem tego wpisu.


Wraz z nadejściem wiosny i lata  nie czekam na truskawki czy szparagi. Ja tęsknię za piwoniami. Nawet nie wiem, skąd u mnie taka słabość do tych kwiatów. Te są szczególne, bo sprezentowane przez Adkę. Bukiet nosiłam za sobą z pokoju do pokoju. Wielka szkoda, że powoli znikają z ogrodu.


Zostanie tych kilka zdjęć na pamiątkę i pachnące wspomnienia.

Po ostatnim wpisie naszło mnie kilka refleksji. Dzięki za podtrzymywanie na duchu, wyciąganie za uszy z maruderstwa. Pewnie nudna już z tym jestem, hehe. I z wystrojem wnętrz także. Spojrzałam po jego załadowaniu na ostatnie zdjęcie z tego wpisu i zauważyłam, że nie ma u mnie modnych ostatnio dodatków. Biel, drewno: nuda? klasyka? Tym bardziej cieszę się, że tyle osób tu wpada, zostawia komentarz, napisze maila. Dzięki wielkie!



 Pozdrawiam!

czwartek, 5 czerwca 2014

Should I go, should I stay...

Dwa miesiące nieobecności… Nikogo chyba nawet ten tytuł wpisu nie zdziwi. Ja wyłuskałam ten fragment z jednej z ulubionych ostatnio piosenek, bo doskonale oddaje stan, w jakim się znalazłam, czyli: sama nie wiem, co dalej.
Blogowe życie odeszło w odstawkę, bo to realne ostatnio domaga się aż nadto uwagi. W trakcie tych ostatnich dwóch miesięcy przetoczyło się przez nasze życie tornado: mama znów znalazła się w szpitalu ( a nawet dwóch ), Ada postanowiła pobić rekord województwa w ilości przeziębień, katarów, gorączek, biegunek, wymiotów i innych „atrakcji”, a ja albo wyłysieję albo osiwieję od tego wszystkiego.


I czasem, a nawet ostatnio dość często przychodzi taka myśl, że ten blog nie powinien dalej istnieć, skoro nie mam czasu ani ochoty na jego pisanie. W sieci pojawiło się tyle fantastycznych blogów, które z przyjemnością czytam, że ten mój wydaje mi się takim „badziewkiem”, niepotrzebnie zaśmiecającym wirtualną przestrzeń. Nie usunęłam go do tej pory jedynie ze względu na listę ulubionych blogów, które tutaj mam zgromadzone. Sama nie wiem, jak to dalej będzie…Może się ocknę z tego marazmu?


Impulsem do tego wpisu był piękny bukiet amarylisów. Żal było go nie sfotografować, chociaż aparat bardzo ciążył i nie dogadywaliśmy się ewidentnie. 
5 lat wspólnego bycia, bukiet prawie jak ten ślubny, a ja nie wierzę, że to minęło tak szybko, bo od tamtego 30 maja tak wiele się zmieniło. 


Ostatnio dopadły nas „chude lata”, ale ja staram się wierzyć, że kiedyś ta zła karta się odwróci. W rocznicowym prezencie dostałam obietnicę remontu salonu, który pozostaje w nietkniętym właściwie stanie od czasu przeprowadzki. Będzie lampa nad stołem, nowy kolor na ścianach, może sofa? Zobaczymy.
Bo napisania?
PS Postaram się w ciągu kilku dni odpowiedzieć na maile, które ostatnio do mnie w tak dużej ilości dotarły. Dziękuję za miłe słowa i przepraszam za zwłokę.
Pozdrawiam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...