wtorek, 14 stycznia 2020

Zielnik nad kuchenną wyspą i zapowiedź remontu


Kolejny kawałek do kuchennej układanki dołożony - jest zielnik ( czy też wieszak ) nad wyspą. Kto pamięta poprzednie kamieniczne mieszkanie, ten pewnie kojarzy duży zielnik wiszący między belkami. Planując kuchnię w domu nie myślałam o takim rozwiązaniu w ogóle. Pożegnałam się z tamtym i nie szukałam nawet zastępstwa. Aż ostatnio weszłam do najlepszego, mojego ulubionego centrum ogrodniczego ( na dodatek znajdującego się w mojej wsi ) i tam Go zobaczyłam. Dzięki takim zbiegom okoliczności zaczynam wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia ... do przedmiotów. 


Był czarny - to już dużo :) A na dodatek delikatny, ażurowy wzór przypominał ten na kuchennych kaflach, więc długo się nie zastanawiałam. Dopiero wsiadając z nim po auta uzmysłowiłam sobie, że przecież już nie chciałam go w nowej kuchni ... I te 5 min jechałam z duszą na ramieniu prawie przekonana, że nie wpasuje się w ogólną koncepcję. Przyznaję bez bicia: żałowałam, że nie posłuchałam rozumu, tylko znów fruuu i będzie, co ma być. Zielnik ukryłam w kącie w holu i przez kilka dni udawałam, że go tam nie ma. Ale nadchodziły święta i nawet wymyśliłam, że jakby co, to sprezentuję go osobie, która wiem, że o takim marzyła. Zebrałam się w sobie, przymierzyłam go i ... nie było tak źle. Po chwili już wisiał na swoim miejscu i ja naprawdę nie żałuję zakupu. A wręcz żałuję, wcześniej się za czymś takim nie rozglądałam.



Pewnie kompozycja będzie się zmieniać w zależności od pory roku, natomiast obecnie tez zimowy czas reprezentują na szybko zrobione śnieżynkowe łapacze snów. Zamiast serwetek, oprawiłam w obręcze gwiazdki i doczepiłam, co miałam pod ręką. A na zielniku kilka moich ulubionych książek kucharskich. Jest ich o wiele więcej, ale mają one do dyspozycji całą szafkę w wyspie. Jednak czasem mam ochotę na taką prawdziwą półkę z książkami w kuchni. Tylko jak to pogodzić z moją miłością do b&w oraz ładu w przestrzeni? Chyba się nie da, albo muszę poczekać na kolejny zryw, hehe.



Nie zdążyłam ze świątecznymi zdjęciami, ale ten kadr przypomniał mi o tegorocznym drzewku świątecznym. Pierwszy raz miałam w tej roli sosnę i jestem nią oczarowana. Było to przede wszystkim pokaźne drzewko, które wyprosiłam z dekoracji przed centrum ogrodniczym :) Prawie tam zamieszkałam, więc mam małe fory. Chciałam po świętach zasadzić je w ogrodzie, dlatego zależało mi na dorodnym okazie. Ciepła zima ułatwiła zadanie - sosna już na swoim miejscu i tam też wygląda tak dostojnie. Chociaż, żeby nie było samych hymnów pochwalnych na jej temat, jest okropna wręcz do dekoracji. Duże, szerokie gałązki kłują niemiłosiernie, a sznureczki przy choinkowych ozdobach ciężko "przepchnąć" przez ten  gąszcz igieł. Co chwilę coś z niej spadało, ale wybaczam i trzymam kciuki, by się przyjęła na nowym miejscu. 


Tak się też złożyło, że prawie rok temu zamieściłam tu wpis o pojawieniu się wyspy i też pojawił się bukiet kwiatów. Nie, nie - to nie te same zdjęcia. To kolejne przedurodzinowe kwiatki, jak ten czas pędzi!


A co w kwestii remontu?
Planując kuchenną zabudowę zostawiłam na samym końcu lukę. Wtedy nie byłam pewna, co tam chcę mieć, za to wiedziałam na 100%, że ponad pięć metrów kuchennych mebli na jednej ścianie plus boczna zabudowa i wyspa to jak dla mnie aż nadto. Nie chciałam powiększać tego kolosa o kolejną szafkę, więc najpierw wpasował się tam telewizor ( w sumie - prawie nieużywany, ale pominę to milczeniem ). Poźniej stanął tam jeszcze skrzydłokwiat, ale nadal czegoś brakowało. Po dwóch latach myślenia olśniło mnie i właśnie rozpoczęły się prace. A właściwie roboty, bo na początek trzeba skuć ścianę, żeby wewnątrz poprowadzić przewody. Szczerze mówiąc, myślałam że poprzednie korytko na ścianie było okej, ale nie będę się kłócić, przekonał mnie argument, że będzie lepiej wyglądało. 


Także pozdrawiam spod warstwy kurzu i biorę się za szydełkowanie. Na warsztacie coś, co wybrała sobie Ada i walczę zawzięcie, bo łatwo nie jest :)


środa, 8 stycznia 2020

Musiałam, czyli włóczkowe pancerniki

Już, już miał się szykować wpis wnętrzarski, ale skończyłam te małe cudaki i samo tak jakoś wyszło :) 


Szydełko to idealny kompan zimowych wieczorów. Ogród zatopiony w śnie, więc mam chwilę na inne hobby. Chociaż przyznam, że już tęsknię za sadzeniem i przycinaniem. Już nawet za tymi chwastami tęsknię, heh. Jednak doceniam też czas na inne przyjemności i pewnego razu, w odmętach instagramowych inspiracji, trafiłam na te zwierzaki. PANCERNIKI! Zwariowałam, kiedy je zobaczyłam. Ada jeszcze bardziej :) Bo jakieś myszki, króliczki, nawet świnki już widziałam, ale żeby szydełkowe pancerniki ?! 


Nie było wyjścia, "trzeba" było robić. Ładnych kilka wieczorów zeszło przy tym zwierzyńcu, bo to wzór niezwykle pracochłonny. Nie był skomplikowany, za to wymagał dużo cierpliwości. Prawdziwa szkoła dla mnie w tej kwestii. Zwłaszcza, że nie są wcale takie małe - mniejszy z trudem mieści się w mojej dłoni. 


Już ich pyszczki mają wiele uroku, a sam fakt, że to mama i dziecko sprawił, że Ada już się od nich nie odkleiła. Miały być dekoracją mojego regału z książkami, ale zadomowiły się już na dobre w adkowym pokoju. 
Przy okazji wrzucam ostatnie zdjęcie, na którym jest w tle przeceniona scenka kupiona jako niedziałająca. Wzięłam ją dla samej dekoracji, po czym po kilku dniach nagle ożyła - zapaliły się wewnątrz światełka, a po szynach sunie pociąg. Wow! Warto dawać drugą szansę. 


To już ostatnie zdjęcia w świątecznym klimacie - żegnamy się z choinką i bierzemy do roboty. Czeka mnie kucie w kuchni, brrrrr. Już chcę uciekać na samą myśl, ale pociesza mnie wizja zmian i zbliżania się ku końcowi prac w tym pomieszczeniu.
Trzymajcie kciuki!



sobota, 28 grudnia 2019

Poświątecznie: szydełkowy aniołek

Świąteczny relaks chyba mogę zmierzyć tym, że znalazła się chwila na szydełkowanie. W zwykłym, codziennym życiu są takie dni, kiedy mam kilkudniowe przerwy i kompletny brak sił do robótek. Wieczory mijają tak szybko, że zmęczenie bierze górę i oczy się same zamykają. Za to w święta "narodziła" się szydełkowa anielica.


Gdybym na ten projekt trafiła wcześniej, pewnie pokusiłabym się o zrobienie całego anielskiego zastępu, jednak świąteczne błogie lenistwo zaowocowało masą odkrytych szydełkowych wzorów, które już czekają w kolejce na realizację. 


Anielicę pewnie zgarnie Adka - jak każdego szydełkowego stworka. To już pewnie ostatnie momenty, kiedy interesuje się takimi rzeczami. Za chwilkę pewnie nie będzie już pasowało takiej "dorosłej" pannie otaczanie się lalkami i o nich zapomni, by po latach wrócić do nich z sentymentem, jak ja teraz.



Samo szydełkowanie nie było trudne - największy problem był z włosami. To moje dopiero drugie podejście do takich "atrakcji" jak doszywanie lalkom włosów. Metoda wyprobowana właśnie przy tej postaci okazała się lepsza - efekt jest bardziej naturalny, co nie znaczy, że nie obyło się bez, delikatnie mówiąc, irytacji. W takich chwilach tęsknię za nieskomplikowanymi gwiazdami czy bombkami. 


Zdecydowanie muszę odpocząć od lalek, teraz "na szydełku" pewne zwierzę - wzór mnie tak urzekł, że dłubię go przy każdej wolnej chwili, bo jest niesamowicie czasochłonny. 
To pewnie ostatni wpis w tym roku. Liczę, że już niedługo wrzucę tu coś wnętrzarskiego - leżą już w domu pudła z elementami do stworzenia półki-siedziska w kuchni! Wiecie, jeszcze tylko wszystko musi swoje odleżeć i będzie co pokazywać :)

Tymczasem pozdrawiam!

środa, 4 grudnia 2019

Szydełkowe bombki 2019


Nie wiedziałam, że niemrawe promyki słońca potrafią tak zmobilizować do działania! W kilka minut zebrałam się do zrobienia zdjęć. A że czasu miałam niewiele, to wybaczcie ogólny chaos tego wpisu, ale pełnoetatowa praca plus dziecko, psy, dom i ... roraty :) nie ułatwiają blogowania. 


Nie wiem, jak robią to inne blogerki i instagramerki, ale ja ewidentnie nie umiem w internety, hehe. Zawsze wszystko na ostatnią chwilę, pomiędzy obiadem a zadaniem domowym, ale tak bardzo cieszą mnie te szydełkowe bombki, że musiałam je tu zachować na pamiątkę. W zeszłym roku udało mi się zrobić kilka, ale wtedy prym pierwszeństwa wiodły gwiazdki. Tym razem znalazłam tutorial na inny niż ubiegłoroczny model i się wkręciłam na całego. 


I kiedy cały dom cichnie, Ada śpi, a psy chrapią w najlepsze, ja włączam jakiś serial i szydełkuję. Celowo nie używam określenia "oglądam", bo znam główny zarys fabuły i dialogi, reszta jest wielkim niedopowiedzeniem :) A zwłaszcza jak coś nie wychodzi, oj, wtedy to odcinek cały na straty.  Na szczęście tym razem bomki nie okazały się wymagające i trzeci sezon "The crown" został zaliczony. 



Głównym motorem do fotografowania był ten metalowy stojak. Oczywiście czarny ( białych nie było :) ) Chociaż i tak bombki rozdam i pewnie zostanie mi jak zwykle jakaś jedna marna, prototypowa niedoróbka, to niesamowicie się z nich cieszę. A tak poza głównym tematem, uzmysłowiłam sobie, jak wiele radochy daje możliwość kupienia w hurtowni wszystkich potrzebnych do projektu kolorów włóczek. Jeszcze dobrze pamiętam te czasy, kiedy zakup trzech motków był przeze mnie planowany z ołówkiem w dłoni i sto razy przeliczany, by nie wydać zbyt dużo kasy. Ten czas adwentu uzmysłowił mi, jak bardzo jestem wdzięczna losowi, chociażby za takie drobiazgi.


Czas na mnie, muszę zmykać, ale za to z wielką frajdą, że udało się sklecić ten post. Na pożegnanie myszka - jedna z niewielu ozdób, które kupiłam w tym sezonie. Leżała w drogerii pomiędzy szamponami, to jak miałam jej nie wziąć. Odkąd Ada była mała, zawsze musiałam na jej prośby "ratować" takie porzucone pluszaki i dawać im u nas dom, hehe. 


Pozdrowienia!!!

poniedziałek, 11 listopada 2019

Owca na szydełku

Nadrabiam zaległości i wrzucam tu nową kumpelę Ady. Miała być mała owieczka do plecaka, taka idealna towarzyszka do szkoły, a wyszła lekko zmutowana owca gigant. Chyba źle dobrałam włóczkę :) Wydawało mi się, że wszystko pięknie i gładko idzie podczas szydełkowania, dopóki nie zaczęłam robić rąk. Niby ilość rzędów taka jak w tutorialu, a one zaczęły się niebezpiecznie wydłużać. Kiedy osiągnęły długość rąk małego dziecka dotarło do mnie, że coś poszło nie tak. Ale wtedy wkroczyła przyszła przyjaciółka, która z ogromną niecierpliwością czekała na owieczkę i nie dała nic pruć. Także tak ... Owca w pełnej krasie:



Już w kursie KLIK, z którego korzystałam była słusznych rozmiarów, ale takich gabarytów się nie spodziewałyśmy. Jednak nie ma tego złego, bo stała się ulubienicą Ady podczas zasypiania i niedoścignionym obiektem westchnień Yume, która chętnie umościłaby się na niej. 



Samo wykonanie nie jest skomplikowane, u mnie poszło szybko i naprawdę bezproblemowo, a nie jestem żadnym specem szydełkowym. Nic, tylko siadać i robić te urocze owieczki !
Aaaaaa, jeszcze tylko chwalę się trawami w tle: moje!!! Wprost z ogrodu, posadzone rok temu i nie zwiędły, wyrosły solidnie i przed zimą będzie spory bukiet. Jak się cieszę :)


czwartek, 31 października 2019

Szydełkowe rozety, a moze blog

 "Chyba ten blog powinien zostać przerobiony z wnętrzarskiego na szydełkowy". 
To zdanie miałam w głowie od ponad pół roku. Dokładnie tyle myślałam o kolejnym wpisie tutaj. Nie mogłam się zebrać i w sumie sama nie wiem, dlaczego. Bo można wymyślać teraz milion powodów nieobecności, a prawda jest taka, że jakby mi się chciało tak, jak się nie chciało, to ta strona uginałaby się od wpisów, hehe. Nie ciągnie mnie ostatnio do pisania i fotografowania. Życie pochłania zupełnie. Zdążyłam od ostatniego wpisu zdać Najważniejszy Egzamin w moim zawodzie, posadzić kolejną setkę roślin w ogrodzie, odchować szczeniaka na całkiem mądrą sunię, a nawet poprawić swoje wyniki badań :) A że właśnie znienacka dopadła mnie wielka ochota na nowy post, to korzystam i wygrzebuję z aparatu zdjęcia jeszcze wakacyjne. Zrobiłam je pod wpływem euforii ze zrzucenia z siebie pracy nad tymi serwetkami. Chodziły za mną od jakiegoś czasu łapacze snów, ale jak zobaczyłam mojego husky szarpiącego wstążki przy wianku na drzwiach, szybciutko się z nich wyleczyłam. Wianek się nie ostał: szydełkowe kwiatki zjadła Yume, a resztki wiklinowej bazy znajduję do dziś poroznoszone po całym ogrodzie. Teraz myślę, że psisko wyświadczyło mi przysługę i taka wersja na ścianie o wiele bardziej mi się podoba. 


Cała kompozycja składa się z ośmiu serwetek osadzonych na metalowych obręczach i związanych ze sobą w kilku miejscach. A że powstawały spontanicznie i bez wcześniejszego planu, to układ jest zupełnie przypadkowy. Nie pytajcie ile mi na to czasu zeszło, ładnych parę sezonów seriali wjechało podczas roboty. Właśnie ich oglądanie to jedyny czas, kiedy jestem w stanie szydełkować. W ciągu dnia nie umiem się za to zabrać. Zawsze jest coś pilniejszego. Bo muszę się przyznać, że szydełko traktuję jako niegroźną fanaberię. Ale może to i dobrze, że czasem coś powstaje, bo dzięki temu mam tu co wrzucić. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że ostatnio fotografowanie np. wanny czy łóżka zrobiło się dla mnie dziwne. Kobieta zmienną jest, to pewnie się zmieni za jakiś czas. 



Chociaż jednak jakiś kawałek domowych zakamarków się przemycił: jest fragment starego kredensu, jest stary-nowy manekin, a nawet monstera, która ku mojemu zdziwieniu radzi sobie całkiem nieźle. Wszystko to stoi sobie w holu, tuż obok drzwi wejściowych, ale jakoś one się nie sfotografowały, heh. Chyba jest coś na rzeczy z moją teorią o awersji do fotografowania wnętrz ;)




 Na szydełku kolejne projekty, tym razem coś dla Adki, więc mam nadzieję, że za jakiś czas znów się tu coś pojawi. Tymczasem pozdrawiam i do następnego !


sobota, 23 marca 2019

Zakładka na szydełku i trochę kuchni


Wraz z nadejściem wiosny naszło mnie na fotografowanie, więc powstało parę kadrów, które tu wrzucam "na pamiątkę". Akurat skończyłam drobiazg dla Adki - zakładkę do książek, to i obiekt do pozowania jak znalazł.  Odkąd na nowo zapałałam miłością do szydełka, wolne chwile spędzam na wertowaniu czasopism i internetu w poszukiwaniu ciekawych wzorów. Trafiłam na ten pyszczek i od razu pomyślałam o mojej małej miłośniczce książek. 


Zakładka powstawała naprawdę szybko i bezproblemowo, a skorzystałam z TEGO wzoru, którego wykonanie jest świetnie wyjaśnione. Niesamowicie cieszę się, że trafiam na coraz więcej polskich tutoriali. Ja jeszcze nie porwałam się na skomplikowane i pracochłonne wzory, ale z zachwytem podziwiam prace mistrzyń szydełka. 



Zakładka swojej nowej użytkowniczce bardzo się podoba i dzielnie jej nadal służy. A skoro wciąż się nie spruła, to chyba znaczy, że w miarę sprostałam zadaniu :)


Przy okazji wrzucam dwa kadry z kuchni, bo taki bukiet żonkili nie mógł się zmarnować. Świeże kwiaty nie mają sobie równych i nawet mojej niedokończonej kuchni dodają uroku. 
Przy okazji donoszę, że kafle podłogowe nadal czekają w kartonach. Ale to jakby nie było dopiero dwa miesiące leżakowania, więc co ja tu w ogóle narzekam, hehe.


Szafki na zastawę nadal otwieram jakimiś dziwnymi sposobami, bo i tu nie podjęłam decyzji, więc nie mam uchwytów. Dolne szafki je mają, wow! No ale tylko dlatego, że nie dało się ich za nic wysuwać bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Może w najbliższej pięciolatce się na coś zdecyduję ;)


To drugie kuchenne zdjęcie zamieszczam tu, bo przypomniało mi standardowe pytanie, które słyszę baaaardzo często w kontekście domu: czy mam telewizor? 
Chociaż nie, jeszcze częściej pada pytanie o to, jak duży jest mój telewizor. Jak widać, jest i on. Wisi w kuchni, ale tak szczerze "pisząc", to mogłoby go w ogóle nie być. I nie jest tak, że jestem zagorzałym przeciwnikiem telewizji. Tak jak nie będę tu ściemniać, że nie mam czasu na oglądanie programów telewizyjnych. Po prostu zazwyczaj w wolnym czasie wciąga mnie coś innego. 
Jak choćby wspominane tym razem szydełko. Druga zakładka w toku, więc uciekam do roboty.


Pozdrowienia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...