Tym razem post ekspresowy, tuż przed wyjściem na zimowy spacer. Za oknem piękne słońce i przyjemna temperatura. Cieszę się, że ta ziomowa zawierucha już poszła sobie.
I choć słońce świeci, w mojej kuchni trochę mroczno. Okno dachowe szczelnie pokryte grubą śniegową kołdrą przepuszcza o wiele mniej światła. Ja się śniegu pozbyć ? Nie wiem. Jedyny sposób, który kiedyś przyszedł mi do głowy okazał się mało skuteczny, żeby nie powiedzieć głupi. Okna zamknąć nie umiałam, musiałam Męża na pomoc wołać i w tym roku tylko mi przypomina, żebym już więcej takich pomysłów nie miała. Żartowniś!
Wprawdzie w tym roku jeszcze Maleńka na sankach szaleć nie będzie, ale ja już miniaturki przygotowałam. Zwykłe saneczki z drewnaniej surówki przemalowałam i odziałam w haftowane siedzisko.
Do tego filcowe rękawiczki. Miara brana z rączki Adki. Kiedyś będzie mogła porównać, jaka była maleńka...
A tak wyglądały sanki przed metamorfozą:
Pierniki z masy solnej już gotowe. Przy nanoszeniu wzorków użyłam korektora w długopisie. Bardzo ułatwia pracę w porównaniu ze zwykłym pędzelkiem.
"Pierniczki" do zawieszenia na choince. W tym roku tylko bezpieczne ozdoby.
Pozdrawiam serdecznie i przypominam o moim candy. Aniołki już prostują skrzydła do lotu :)




























