
W zeszłym roku wymyśliłam sobie, że zrobię sama kalendarz adwentowy. Zauroczona projektem haftowanego kalendarza rozpoczęłam mozolną dłubaninę. Niestety, los trochę pokrzyżował moje plany i zdążyłam zrobić tylko cztery woreczki. Pierwszy z nich prezentowałam ponad rok temu tutaj.

W tym roku też postanowiłam się za niego zabrać i znów pojawiły się kolejne cztery woreczki ( dwa nadal wykańczam, ale mam jeszcze kilka dni ). Mimo że obrazki nie są duże, haft wydaje mi się pracochłonny. Tym bardziej, że haftuję „z doskoku”: tu jeden krzyżyk, tam dziesięć i znów przerwa. Mam nadzieję, że z tym moim kalendarzem wyrobię się w ramach „planu pięcioletniego”.

Narazie wybieram te daty, które mają dla mnie jakieś znaczenie.
Obrazki w sam raz dla dzieciaków - Adka będzie miała uciechę.


Woreczki spoczęły w cynowej misie. Jeszcze niedawno zarzekałam się, że takie surowe przedmioty podobają mi się…
Kobieca naturo! Oczywiście przemalowałam misę i teraz jest jej o wiele lepiej. Pewnie na niej się nie skończy…

Mój ostatni zakup - jelonek - też zasługuje na osobne zdjęcie. Tyle się napozował przy tych woreczkach :)
( tylko po co ktoś namalował te białe placki na podstawce? )

A tymczasem pozdrawiam serdecznie!
